Słoneczne starcie w Goworowie.

Wiadomo, że w dniu każdej edycji Biegu Goworowskiego chmury nie planują zaskoczyć swoją obecnością biegaczy (a od tego roku również uprawiających dyscyplinę Nordic Walking). A jeśli wydaje Ci się, że widzisz chmury, to już przed ukończeniem pierwszego kilometra zrozumiesz, że to fatamorgana 😉 W momencie gdy zajechaliśmy na start, po pewnych przebojach z drogą usianą objazdami, termometr wskazywał 32 stopnie. To jeszcze nie jest rekord goworowski, bowiem podczas mojego drugiego startu tamże było ich jak nic ponad 35. Jestem człowiekiem ogromnie ciepłolubnym, więc abstrahując od przymusowo wolniejszego tempa, odpowiada mi taka atmosfera na zawodach (byle nie na starcie docelowym!) A w Goworowie odpowiada mi szczególnie, bo kurtyny wodne mamy tam zagwarantowane, a wolontariusze stoją co dwa kilometry plus jakieś 300 metrów przed metą, co by nie zasłabnąć na finiszu.

Chociaż mogłoby się wydawać, że trasę znam jak własną kieszeń, każdego roku odświeżam ją sobie na nowo. Zawsze odcinek szutrowy zapamiętuję jako krótszy aniżeli jest a podbiegi jako łagodniejsze. W zasadzie podbieg dość mocno wysysający energię jest jeden, reszta „do przeżycia” nawet przy wysokich temperaturach. Jest jedna krótka agrafka, którą bardzo lubię, bo wcześniej kibice informują mnie na której pozycji biegnę a nawrotka to idealne miejsce by przyjrzeć się potencjalnej konkurencji 😉 I ten jeden zakręt tuż przed metą, który za każdym razem mi umyka. Strzałki na asfalcie są rozrysowane, zawsze stoi na rozdrożu ktoś, kto instruuje, a ja dalej swoje… 🙂

Przyczaił się podczas tego startu jeden moment kryzysowy. Niestety nie pamiętam który to był kilometr, ale jeszcze nie miałam w nogach połowy dystansu. Pierwsza kurtyna wodna, która miała być wybawieniem, zamiast lać strumieniami wodę, zionęła… pustką 😉 Kiedy do mojego mózgu dotarło, że straciłam szansę na porządne schłodzenie, poczułam się jak jajko wylewane na rozgrzaną patelnię. Niesamowita jest siła autosugestii. Jestem przekonana, że gdyby nie ta utracona szansa (czytaj: nieuruchomiona na czas mojego biegu kurtyna), nie odnotowałabym tak natychmiastowego spadku energii. Za kilkaset metrów dotarłam do punktu nawadniania i poratowałam się kubkami z wodą. Za to na kolejnej kurtynie miałam aż dwa prysznice dzięki uprzejmości dwóch stojących w pewnej odległości panów strażaków i już nic nie mogło podkopać mojej wiary w siebie! Dobiegłam jako trzecia kobieta, ale że bieg jest kameralny to i tempo potrzebne do osiągnięcia tego sukcesu nie było zawrotne. Choć jak na brak treningów szybkościowych (dopiero będę wprowadzać interwały, zabawy biegowe etc. przed jesiennym maratonem), i jak na ultra wysoką temperaturę, jestem z siebie zadowolona.

Bardzo się cieszę, że mogłam znaleźć się na tej mecie po raz piąty. Cieszę się, że mogłam przyczynić się do tego, by kolejne osoby dołączyły do Biegu Goworowskiego. Troszkę tylko mi żal, że czas tak szybko biegnie. Przecież dopiero co tam byliśmy! Jest wiele imprez w moim kalendarzu biegowym, na które wracam z przyjemnością (szczególnie w okresie letnim), ale Goworowo było pierwsze. W kilka tygodni po debiucie w zawodach wylądowałam w tym miejscu, a że byłam wtedy w bardzo znaczącym momencie swojego życia, kiedy wszystko było w trakcie przewracania się do góry nogami, zapragnęłam pozostawić sobie to miejsce w sercu. Goworowo to dla mnie symbol początku pięknego lata, które choć poprzeplatane ogromnymi burzami, trwa do dziś!

Słodko w tych moich relacjach z ukochanych startów i cieszę się z tego! Cieszę się, że mam takie miejsca, do których wracam z radością i takie osoby, z którymi od lat zawody są świętem a wino smakuje tak samo dobrze! Życzę wszystkim takich pozytywnych bodźców w życiu!

Dziękuję organizatorom za wielką ilość życzliwych gestów i gratuluję siódmej już edycji. Niech ten piknik trwa latami <3

 

Aga

Posts published: 243
Copyrights © Przetarty Szlak. All Rights Reserved.